Dan
Brown powinien czuć się wyraźnie zagrożony. Oto na horyzoncie pojawił
się Labirynt, w który wpuszcza nas Kate Mosse. Fabuła powieści rozgrywa
się w dwóch planach czasowych. W wieku XIII Alais, 17-letnia mieszkanka
Carcassonne, dostaje od swojego i ojca jedną z trzech ksiąg. Zapisany
jest w niej pilnie strzeżony sekret Świętego Graala. Poczucie
odpowiedzialności bierze u młodej strażniczki górę nad chęcią
opowiedzenia o tajemnicy. Poświęci na to sporo czasu i wysiłku.
Równolegle w lecie 2005 roku 30-letnia dr Alice Tanner prowadząc
badania archeologicznych wykopalisk poza murami Carcassonne natyka się
na dwa szkielety. Pani doktor przeczuwa, że te szczątki nie są
zwyczajne, a za niepozornymi kośćmi skrywa się fascynująca przygoda. I
faktycznie, Alice Tanner czeka niecodzienna podróż w przeszłość...
Autorka, prezenterka BBC i dyrektor Orange Prize for Fiction, pisząc tę
książkę spędziła szmat czasu w bibliotekach, zgłębiając i studiując
historię średniowiecza. Trud nie poszedł na marne. Wydawcy reklamują
książkę jako zapierającą dech w piersiach powieść o odwadze, zdradzie i
przeznaczeniu. Prawa do powieści zakupiły już oficyny z 32 krajów.
Labirynt zostanie przetłumaczony na 28 języków. Książka cieszy się
również ogromnym powodzeniem w naszym kraju. Wydana kilka tygodni temu
przez Prószyński i S-ka znalazła się w ubiegłym tygodniu na szczycie
Krakowskiej Listy Bestsellerów Książkowych (prezentowanej co piątek na
łamach Dziennika Polskiego), detronizując z pozycji lidera najnowszego
Harryego Pottera.
Znowu
Święty Graal, tajemnicze bractwo, spiski? Czy naprawdę w erze Dana
Browna nie może już powstać powieść sensacyjna bez tych elementów? Tak
myślałam sięgając po „Labirynt” Angielki Kate Mosse Spotkało mnie
jednak miłe rozczarowanie „Labirynt” mniej jest karkołomną sensacją w
stylu Kodu Leonarda da Vinci a bardziej powieścią historyczną z wątkiem
sensacyjnym. Pozwała przeżyć nie tylko współczesną przygodę ale i
poznać fascynujący fragment historii Europy dotyczący katarów czyli
„dobrych chrześcijan” zamieszkujących przed wiekami m. in. krainę zwaną
Langwedocją. Bowiem bohaterki powieści - 30-letnią Brytyjkę Alice
Tanner i 17-letnią mieszkankę Langwedocji Alais - dzieli prawie
osiemset lat historii ale łączy ta sama tajemnica W „Labiryncie”
sensacyjny wątek przeplata się z opowieścią o krucjacie przeciw
chrześcijanom a teraźniejsza Francja ze średniowieczną. Niezmienne
pozostają tylko walka o wpływy siła pieniądza i bezwzględność z jaką
ludzie dążą do władzy. Gdzieś w tym wszystkim tkwi Święty Graal ale nie
jest on najważniejszy. Dzięki niemu w powieści nawet w jej wątku
współczesnym może się pojawić nieco magii.
Metro, 9 marca 2006
FRAGMENT KSIĄŻKI:
Południowo-zachodnia Francja
Montagnes du Sabarthés
Pic de Soularac
Poniedziałek, 4 lipca 2005
Alice
zagląda w ciemność. Szpara ma najwyżej półtora metra długości, nie
więcej niż metr szerokości. Brzegi są nieregularne, zębate. Raczej
stworzona przez naturę niż ręką człowieka, ale gdy dziewczyna przesuwa
dłonią po jej brzegu, odkrywa w miejscu połączenia z głazem
zadziwiająco gładkie powierzchnie.
Jej wzrok powoli przywyka do
mroku. Aksamitna czerń zmienia się w szarość, otwiera długi wąski
tunel. Alice czuje ciarki na plecach, jakby ostrzeżenie, że jest tam
coś, co lepiej zostawić w spokoju. Ale to tylko dziecinne lęki, więc
odsuwa je od siebie. Nie wierzy ani w duchy, ani w przeczucia.
Ściskając w dłoni broszę, jak potężny talizman, robi głęboki wdech i
wchodzi do tunelu. Od razu spowija ją stęchlizna podziemnej pieczary,
wdziera się do nosa, gardła i płuc. Powietrze jest chłodne i wilgotne,
nie czuć w nim trujących gazów powstających w suchych zamkniętych
jaskiniach, przed którymi ją ostrzegano, wobec czego z pewnością jakoś
dociera tu świeże powietrze. Na wszelki wypadek jednak wyciąga z
kieszeni spodni zapalniczkę. Jakiś czas pozwala jej się palić, by się
upewnić, że w tunelu jest tlen. Płomień chybocze się, trącany
podmuchem, ale nie gaśnie.
Trochę zdenerwowana i z lekkim poczuciem winy Alice zawija broszę w
chusteczkę i chowa do kieszeni spodni. Potem ostrożnie rusza tunelem.
Płomień zapalniczki jest słaby, rzuca na nierówne szare ściany
niespokojne cienie, lecz mimo to natychmiast odsłania przed nią
ścieżkę.
Już po kilku krokach zimne powietrze zaczyna jej się ocierać o gołe
nogi i ramiona jak spragniony pieszczot kot. Droga prowadzi w dół.
Alice czuje pod stopami nierówny, żwirowaty grunt. W tym miejscu
podobnym do grobowca, gdzie od niepamiętnych czasów króluje cisza,
każdy poruszony kamyk jest źródłem hałasu. Światło dzienne z wolna
gaśnie za plecami.
Nagle nie chce iść dalej. Nie chce w ogóle tutaj być. Tyle że jej wola
nie ma żadnego znaczenia, bo coś ją wciąga dalej we wnętrzności góry.
Po następnych dziesięciu metrach tunel się kończy. Alice staje w progu
jaskini, na naturalnej kamiennej platformie. Kilka szerokich,
niewysokich stopni prowadzi na środek, gdzie podłoga jest płaska i
gładka. Jaskinia ma jakieś dziesięć metrów długości i może pięć
szerokości, wyraźnie została stworzona ludzkimi rękami. Strop znajduje
się nisko, jest sklepiony, jak w krypcie.
Alice podnosi wyżej samotny płomyk zapalniczki. Nie może się pozbyć
dziwacznego wrażenia, że skądś zna to miejsce. Już ma zejść ze schodów,
gdy na najwyższym dostrzega litery. Pochyla się, próbuje odczytać
napis. Zachowały się tylko pierwsze trzy słowa i ostatnia litera - nie
wiadomo: N czy może H? Resztę zatarł czas. Dziewczyna odgarnia dłonią
pył, głośno wymawia kolejne głoski. Echo powtarza dźwięk brzmiący wrogo
w zastałej ciszy.
- P-A-S A P-A-S... Pas a pas.
Krok za krokiem? Co: krok za krokiem? Blade wspomnienie przenika do
świadomości, niczym dawno zapomniana pieśń. I natychmiast przepada.
- Pas a pas - szepce.
Nic to nie znaczy. Modlitwa? Ostrzeżenie? Bez ciągu dalszego nie ma żadnego sensu.
Lekko podenerwowana wstaje i powoli schodzi ze schodów. Ciekawość
walczy z ostrożnością i złym przeczuciem, na szczupłych ramionach
dziewczyny pojawia się gęsia skórka - czy ze strachu, czy od chłodu -
trudno powiedzieć.
Alice podnosi zapalniczkę wysoko, uważa, by niczego nie potrącić, nie
przesunąć. Na poziomie posadzki jaskini przystaje. Nabiera głęboko
powietrza i wstępuje w mahoniową ciemność. Ledwo widzi skalną ścianę
przed sobą.
Z tej odległości nie sposób stwierdzić z całkowitą pewnością, czy to
nie złudzenie albo dziwny cień, ale zdaje jej się, że widzi duży
kolisty wzór złożony z linii prostych i półkoli wymalowanych lub
wyrzeźbionych w skale. Przed nim stoi kamienny stół, wysokości mniej
więcej metra, przypomina ołtarz.
Dla dodania sobie odwagi Alice wbija wzrok w symbol. Idzie naprzód.
Teraz widzi go wyraźniej. Przypomina labirynt, choć pamięć jej
podpowiada, że to jednak coś innego. Niezupełnie labirynt. Droga nie
wiedzie, jak powinna, do środka. Dziwaczny wzór, chybiony. Alice nie
potrafi wyjaśnić, skąd ma tę pewność, ale swoje wie.
Podchodzi coraz bliżej. Nagle trąca stopą coś twardego. Rozlega się
głuche stuknięcie i odgłos toczenia się jakiegoś poruszonego
przedmiotu.
Dziewczyna patrzy w dół.
Nogi zaczynają jej się trząść. Blady płomień w ręku drży. Alice
wstrzymuje oddech. Stoi na brzegu płytkiego grobu, ledwie zagłębienia.
Nad dwoma ludzkimi szkieletami o kościach wybielonych przez czas. Puste
oczodoły jednej czaszki patrzą na nią z wyrzutem. Druga, kawałek dalej,
leży na boku, jakby odwracała od niej wzrok.
Ciała zostały złożone obok siebie, twarzami w kierunku ołtarza, jak
rzeźby nagrobne. Leżą symetrycznie, idealnie równo, ale nie ma w nich
śladu spokoju. Brakuje tu wrażenia spoczynku. Kość policzkowa jednej z
czaszek jest pokruszona, wgnieciona do środka, wygląda jak maska z
papier-maché. W drugim szkielecie kilka żeber sterczy dziwacznie,
niczym kruche gałązki martwego drzewa.
Oni ci nie zrobią krzywdy.
II
Południowo-zachodnia Francja
Los Seres
Kilka kilometrów na wschód wrona krąży nad zagubionym między szczytami
Montagnes du Sabarthés miasteczkiem. Wysoki szczupły mężczyzna w jasnym
garniturze siedzi sam przy stole z ciemnego drewna.
Na blacie leży kilka arkuszy kremowego papieru, wszystkie pokryte są
gęsto rzędami zwartych liter naniesionych czarnym atramentem. Słychać
tylko skrzypienie pióra, od czasu do czasu, gdy mężczyzna upija łyk,
kostki lodu uderzają o szkło. Czuć subtelną woń alkoholu i wiśni. Gdy
piszący przerywa swoją czynność, upływ czasu znaczy tykanie zegara.
Podejmuje pisanie na nowo:
Zostawiamy za sobą wspomnienie o tym, kim byliśmy i co zrobiliśmy.
Tylko ślad. Wiele się nauczyłem. Zmądrzałem. Ale czy coś zmieniłem? Nie
potrafię ocenić. Pas l pas, se va luenh.
Patrzyłem, jak wiosenna zieleń ustępuje przed złotem pełni lata, jak
miedziana jesień usuwa się przed bielą zimy. Siedziałem i czekałem, aż
zblednie światło. Ciągle na nowo zadawałem sobie pytanie o przyczynę.
Gdybym wiedział, jak się żyje z samotnością, jaki jest los jedynego
świadka nieskończonego cyklu narodzin i śmierci, czy postąpiłbym tak
samo? Alais, samotność jest dla mnie zbyt wielkim brzemieniem. Tak
długo żyłem z pustką w sercu, iż chyba już nie mam serca.
Starałem się dotrzymać złożonych ci obietnic. Jednej dotrzymałem,
drugiej nie spełniłem. Aż dotąd nie zdołałem. Od jakiegoś czasu czuję
cię, całkiem blisko. Prawie nadszedł nasz wspólny czas. Wszystko na to
wskazuje. Wkrótce jaskinia zostanie otwarta. Czuję tę prawdę, ja ją
znam. A wówczas księga, tak długo bezpiecznie ukryta, zostanie
odnaleziona.
Mężczyzna sięga po szklankę. Spojrzeniem błądzi we wspomnieniach. Dopiero mocny, słodki guignolet przywraca go rzeczywistości.
Znalazłem ją. W końcu znalazłem. I zastanawiam się, co poczuje, gdy
włożę jej księgę w dłonie? Czy wyda jej się znajoma? Czy ma przeszłość
zapisaną w duszy i w sercu? Czy będzie pamiętała połyskliwą okładkę?
Potem rozwiąże rzemienie, ostrożnie przewróci karty cienkiego
pergaminu, kruchego i wyschłego na wiór. Czy przypomni sobie słowa
wracające echem przez wieki?
Teraz, gdy mój długi czas dobiega końca, modlę się, by dane mi było
naprawić to, co kiedyś uczyniłem źle. Chcę wreszcie poznać prawdę.
Prawda mnie wyzwoli.
Nieco później tego samego dnia, siedemset kilometrów na północ, w
mrocznym korytarzu pod ulicami Chartres, inny mężczyzna czeka na
rozpoczęcie ceremonii.
Dłonie ma wilgotne od potu, w ustach sucho, krew pulsuje mu w
skroniach. Trochę mąci mu się w głowie, trudno powiedzieć, czy to efekt
podniecenia i niecierpliwości, czy wina. Nie przywykł też do białej
lnianej szaty ani ciężkiego konopnego sznura na biodrach. Zerka na
boki, na dwie milczące postacie o twarzach skrytych pod kapturami. Nie
potrafi ocenić, czy ci ludzie są równie mocno poruszeni, nie wie, czy
wcześniej zdarzyło im się odprawiać ten rytuał. Ubrani są prawie tak
samo jak on, tylko ich szaty mają złotawy połysk. Ach, no i obaj mają
buty. On stoi na zimnej kamiennej posadzce boso.
Wysoko nad ukrytą siatką tuneli rozległ się pierwszy ton dzwonów ogromnej gotyckiej katedry.
- Je suis pret - mamrocze pod nosem, bardziej dla dodania sobie
pewności niż wyrażając rzeczywistą gotowość. Żaden z mężczyzn nie
reaguje.
Gdy cichnie ostatni pogłos dzwonów, akolita po lewej występuje do
przodu i kamieniem częściowo ukrytym w dłoni uderza w masywne drzwi
pięć razy. Z wnętrza dobiega odpowiedź: Dintrar. Wejść.
Mężczyzna odnosi wrażenie, iż głos kobiety nie jest mu obcy, ale nie ma
czasu zgadywać, gdzie albo kiedy go słyszał, bo już drzwi się otwierają
i odsłaniają komnatę, do której tak bardzo chciał trafić.
Równym krokiem trzy postacie powoli ruszają naprzód. W komnacie jest
gorąco i prawie ciemno. Jedyne światło dają świece ustawione we wnękach
i na ołtarzu. Podłogę ożywiają tańczące cienie.
Zna kształt tego wnętrza z dokumentów, jakie mu dano. Idąc ku środkowi
komnaty, gdzie znajduje się grób, czuje na plecach wzrok obecnych.
Zastanawia się, czy jest między nimi ktoś znajomy. Kolega z pracy? Żona
przyjaciela? Każdy może zostać członkiem stowarzyszenia. Na ustach
mężczyzny pojawia się lekki uśmiech, może pozwolić sobie na chwilę
fantazji. Oczyma wyobraźni widzi, jak teraz się zmieni jego pozycja
towarzyska.
Nagle potyka się i omal upada na kamienny stopień u podstawy grobu.
Natychmiast wraca do rzeczywistości. Wnętrze jest mniejsze, niż sądził
z rysunku, ciaśniejsze, bardziej klaustrofobiczne.
Gdy klęka, słyszy, że ktoś niedaleko gwałtownie zaczerpnął tchu. Ciekaw jest dlaczego. Serce bije mu szybciej.
Ciszę w komnacie przerywa jasny brzęk dzwonka. Wtóruje mu niski ton
pieśni, z początku ledwo słyszalnej, lecz coraz głośniejszej w miarę
jak dołączają kolejne głosy. Do świadomości mężczyzny docierają
poszczególne słowa: montanhas, czyli góry, noblesa - to arystokracja,
libres - książki, a graal - Graal.
Kapłanka zstępuje z ołtarza. Mężczyzna ledwie słyszy miękkie kroki,
wyobraża sobie, jak połyskuje i migocze jej złota szata w blasku świec.
Długo czekał na ten moment.
- Je suis pret - powtarza z bijącym sercem. I tym razem naprawdę jest gotowy.
Kapłanka staje przed nim bez ruchu. Dobiega go jej zapach, subtelny i
ulotny, ledwo wyczuwalny pod ciężką wonią kadzideł. Wstrzymuje oddech,
gdy kobieta pochyla się i bierze go za rękę. Ma chłodne palce, ładnie
utrzymane paznokcie. Przeszywa go dreszcz, jak porażenie prądem, jak
fizyczne pożądanie. Ona wciska mu w dłoń okrągły przedmiot, nieduży.
Chciałby spojrzeć jej w twarz. Pragnie tego ponad wszystko na świecie,
lecz mimo to patrzy w ziemię, jak mu nakazano.
Czterech starszych pomocników zbliża się do kapłanki. Ktoś delikatnie
odchyla mu głowę do tyłu, wlewa w usta słodki gęsty płyn. To także
część ceremonii, więc mężczyzna nie stawia oporu. Gdy ciepło rozpływa
mu się po ciele, podnosi ręce, a jego dwaj towarzysze zakładają mu na
ramiona złotą opończę.
Nagle mężczyzna zaczyna się dusić, jakby mu ktoś zaciskał na szyi
żelazną obręcz, miażdżącą tchawicę. Chwyta się za gardło, walczy o
oddech. Chce krzyczeć, ale z jego ust nie wychodzi żaden dźwięk. Teraz
dopiero zaczyna pojmować, że dłonie kompanów spoczywają na jego
ramionach nie po to, by mu dodać otuchy. Nie mają przynosić mu ulgi,
mają go przytrzymać.
Mąci mu się wzrok, obraz się rozmywa. Mimo to dostrzega w ręku kapłanki
błyszczący nóż, choć nie ma pojęcia, skąd się tu wzięło owo srebrne
ostrze. Próbuje się podnieść, ale narkotyk zrobił swoje, zawładnął nim
całkowicie, odebrał mu siły.
- Nie! - Krzyk więźnie mu w gardle.
W pierwszej chwili ma wrażenie, że ktoś go huknął pięścią w plecy. Nic
więcej. Tępy ból rozchodzi się między łopatkami. Ciepła strużka gładko
spływa po plecach.
Raptem puszczają go obce dłonie. Składa się wpół, jak szmaciana lalka,
podłoga wychodzi mu na spotkanie. Uderza głową w kamienną posadzkę, ale
nie czuje bólu, tylko przyjemny chłód. Milknie hałas, znika strach. Już
nie dociera do niego nic poza głosem kapłanki, który zdaje się dobiegać
z bardzo daleka.
- Une lesson. Pour tous. - Tak chyba mówi, choć nie ma to żadnego sensu.
W ostatnim przebłysku świadomości człowiek oskarżony o zdradę i skazany
za to, że mówił, gdy powinien był milczeć, ściska w dłoni upragniony
przedmiot. Dopiero śmierć rozluźnia mu palce. Wypada spomiędzy nich
niepozorna krągła płytka, nie większa niż moneta. Toczy się po
podłodze.
Po jednej stronie ma litery NV. Po drugiej - labirynt