Jesteś tutaj  ›  Książki i podręczniki ›  Książki ›  Książki tematyczne ›  Religie ›  Chrześcijaństwo ›  Katolicyzm ›  ks. Tomas Halik - Dotknij ran (17zł taniej)

ks. Tomas Halik - Dotknij ran (17zł taniej) (nr aukcji: 27747270)

ks. Tomas Halik - Dotknij ran (17zł taniej)Więcej zdjęć Wyświetleń: 11 razy Informacje podstawowe

  • Towar:Nowy

  • Ilość sztuk:0 z 1

  • Lokalizacja:Legnica, Dolnośląskie
Opłata z góry

  • List priorytetowy7,00 zł




Cena:  14,99 zł
AUKCJA ZAKOŃCZONA( 2012-02-21 00:45:17)


Sprzedający

Zaufany sprzedawca




Opis do aukcji

 

 
Tomáš Halík
 
 
Dotknij ran
(Dotknij se ran)

 
 
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 216
Wydawnictwo: Znak
Oprawa twarda
Wydanie: pierwsze
Cena sklepowa 32

 

Dotknij ran to najnowsza na polskim rynku książka „czeskiego Tischnera”, czyli księdza Tomaša Halíka. Chrześcijanie często nie chcą pamiętać lub wręcz buntują się przeciw temu, że fundamentem ich wiary jest Krzyż - czyli cierpienie i rany. To rany przekonały niewiernego Tomasza, że Chrystus zmartwychwstał. Współczesny świat oferuje nam „wiary” lekkie, łatwe i przyjemne, ale czy można się na nich oprzeć w trudnych chwilach? Halík zastanawia się, czy i jak zraniony Chrystus może przemówić do nas, ludzi XXI wieku. Co znaczy dla nas zdanie „Bóg umarł”? Co pojawia się w miejsce usuwanych w imię politycznej poprawności symboli religijnych? Wielki Post, w czasie którego ukaże się ta książka, to dobra okazja, aby się zastanowić nad tymi pytaniami.
 

Autor: Sławomir Domański

 
„Podobno cesarz Konstantyn w noc przed bitwą na moście Mulwijskim zobaczył w swoim widzeniu znak krzyża i usłyszał zdanie: W tym znaku zwyciężysz! Kazał więc zamontować krzyż na chorągwiach swoich wojsk, pobił wrogów, z wdzięczności zalegalizował Kościół, dotychczas prześladowany, w dodatku nadał mu różne przywileje i w końcu chrześcijaństwo stało się państwową religią cesarstwa rzymskiego. Nie mogę wyzbyć się pytania , jak wyglądałyby dzieje chrześcijaństwa, Europy i świata, gdyby cesarz Konstantyn ową wspaniałą wizję, jaką otrzymał, potraktował w sposób bardziej inteligentny." (1)
 
 
W ten sposób zaczyna jeden z rozdziałów swojej książki „Dotknij ran" teolog Tomasz Halik. Pytanie zadane na końcu tej anegdoty jest nieustannym mottem, które charakteryzuje myśl czeskiego duchownego. Zwrócić się ku krzyżowi jako symbolowi duchowości, zawierającemu cierpienie, miłość i wyzwolenie; odejść od odziedziczonego po średniowieczu triumfalistycznego wizerunku chrześcijaństwa, gdzie Kościół jako jedyny posiada „monopol na zbawienie" - oto jak odczytuję odświeżającą myśl, płynącą z kart tej pięknie wydanej książki (to prawdziwa przyjemność móc trzymać w dłoniach tę małą rozmiarami pozycję, która dzięki masywnej obwolucie pozwala poczuć ciężar poruszanych kwestii, mimo że cieniutkie kartki w lekkim odcieniu sepii przesuwają się pod palcami tak lekko). Nie jest to lektura lekka i łatwa. Już sama okładka, na której znajduje się fragment reprodukcji obrazu van Weydena zatytułowanego „Zdjęcie z krzyża", wprowadza nas w trudną tematykę Wielkiego Piątku. To jeden z tych obrazów, gdzie umęczone ciało Chrystusa spoczywa ciężko i brak w nim chwały zmartwychwstania, a jedynie gorycz i mrok ukrzyżowania. Jeden z tych obrazów, po których obejrzeniu można stracić wiarę, że poza martwym ciałem istnieje coś jeszcze, jak pisał Fiodor Dostojewski w „Braciach Karamazow". To tajemnica, przed którą chrześcijanin musi stanąć nagi i bezbronny, jeśli chce podjąć próbę zrozumienia głębokiego, duchowego sensu tego, co wydarzyło się ponad dwa tysiące lat temu. To rany, cierpienie i ciało zdjęte z krzyża, motyw piety, z którym trzeba się zmierzyć, jeśli chce się pojąć sens chrześcijaństwa, za którym rozciąga się dopiero perspektywa wielkiej nadziei niedzielnego poranka, gdy zmartwychwstały objawia się w chwale. To zejście na samo dno ciemności, zejście do piekła, by wznieść się na wyżyny duchowości, ku nadziei zbawienia. 
 
Tomasz Halik spogląda na tę tajemnicę z punktu widzenia apostoła Tomasza, przez ludową tradycję zwanego „niewiernym". Czy to przypadek, że „bohaterem" owych rozważań czeski teolog czyni swojego imiennika, czy też jest to świadomy patronat? Chociaż to pytanie przemknęło gdzieś przez chwilę, to najistotniejsza jest tutaj perspektywa, jaką nadaje autor tej postaci. W świetle książki Św. Tomasz poprzez dotknięcie ran nie tyle staje się biblijnym „niedowiarkiem", ile naocznym świadkiem chrystusowego cierpienia. Ten punkt widzenia pozwala czytelnikowi dostrzec współczesną możliwość zgłębienia prawdy Ewangelii nie tylko poprzez wprowadzenie rytuału w kontekst rzeczywistości, ale poprzez dostrzeżenie ran Chrystusa w cierpieniu drugiego człowieka. W tym świetle postawa chrześcijańska będzie postawą aktywnego działania, kierowanego miłością wobec bliźniego. Rytuał, tradycja, to co Halik bierze w cudzysłów, mówiąc „religia "(2), stają się uzupełnieniem aktywnej postawy człowieka w dążeniu do dobra. „Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili" (3). Bóg, który objawia się w czynie, w akcie miłości wobec drugiego człowieka; nie tylko Bóg chrześcijan, ale wszystkich ludzi dobrej woli, Tenże Bóg wyłania się z kart książki „Dotknij ran".
 
 
Jest w tym postrzeganiu głębokie przekonanie o wyzbyciu się hipokryzji zwycięzców, że nieobecni nie mają racji. Prawdziwy triumf rodzi się tam, gdzie dotykamy ran, które pozwalają nam poprzez czyn przeniknąć do sedna chrześcijańskiego przesłania i zejść poza obrzęd w duchowy sens sakramentu. Tomasz Halik jest przekonany, że ta duchowość jest na wyciągnięcie ręki, bo istnieje tam, gdzie dzieje się zło, na które tak często pozostajemy obojętni z tysiąca możliwych powodów. Dlatego podtytuł tej książki nosi tytuł „Duchowość nieobojętności", czyli gotowość zetknięcia się z bólem współczesnego świata, który prowadzić nas winien od smutku Wielkiego Piątku ku radości Niedzieli Zmartwychwstania.
 
 
___________________
 
 
 
1) T. Halik, Dotknij ran, Kraków 2010, s. 90. 
2) Tamże s.76. 
3) Mt 25, 40.
 
 
 
Tomáš Halík - ur. w 1948 r. w Pradze. Duszpasterz, rektor kościoła akademickiego Najświętszego Zbawiciela w Pradze. Profesor socjologii, prezydent Czeskiej Akademii Chrześcijańskiej, wykładowca na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Karola. Od połowy lat 90. angażuje się na skalę międzynarodową w inicjatywy na rzecz dialogu i porozumienia między religiami i kulturami. Aktywnie uczestniczy w życiu publicznym. Był jednym ze społecznych doradców prezydenta republiki, Václava Havla. Opublikował przeszło 200 prac - książek, podręczników, artykułów popularnych i naukowych w kraju i za granicą. Laureat amerykańskiej Nagrody Tolerancji „za wybitne zasługi dla rozszerzenia wartości tolerancji oraz wolności ducha i myśli", Nagrody Kardynała Kőniga za zasługi dla obrony praw człowieka i duchowej wolności; odznaczony srebrnym medalem Konrada Adenauera za zasługi dla czesko-niemieckiego zbliżenia. W styczniu 2002 wziął udział w wyprawie na Antarktydę.
 
 

BRAMA ZRANIONYCH

 

Ale Tomasz, jeden z Dwunastu, zwany Didymos, nie był razem z nimi, kiedy przyszedł Jezus. Inni więc uczniowie mówili do niego: „Widzieliśmy Pana!” Ale on rzekł do nich: „Jeżeli na rękach Jego nie zobaczę śladu gwoździ i nie włożę palca mego w miejsce gwoździ, i nie włożę ręki mojej do boku Jego, nie uwierzę”. A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz [domu] i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!” Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż [ją] do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym!” Tomasz Mu odpowiedział: „Pan mój i Bóg mój!” Powiedział mu Jezus: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

(J 20, 24-29)

 

Przeczytałem powyższy fragment Ewangelii i odszedłem od pulpitu, żeby usiąść na swoim miejscu. Był wczesny poranek, w katedrze w Madrasie panował półmrok, było cicho i niemal pusto. Indie leżały przede mną jak kwiecisty dywan poprzetykany wieloma świętymi miejscami — miałem zamiar wybrać się do Bodh Gaja, gdzie Budda doznał oświecenia, do Sarnathu, gdzie Przebudzony wygłosił pierwszą przemowę do swoich uczniów, do Váránasí na brzegu Gangesu, najświętszego celu hinduistycznych pielgrzymek, do Mathury, miejsca narodzin Kriszny — jednak tutaj, w Madrasie, w samym sercu hinduskiego chrześcijaństwa, gdzie od niepamiętnych czasów czczony jest grób Apostoła Tomasza, patrona Indii, poczułem się przez chwilę rzeczywiście jak u siebie w domu — właśnie dzięki temu znanemu, bliskiemu mi tekstowi.

Odczytany urywek z Ewangelii św. Jana postrzegałem w owym momencie wciąż jeszcze tak, jak zawsze do tej pory, i jak przeważnie bywa interpretowany: oto Jezus objawiając się Tomaszowi, uwolnił sceptycznego Apostoła od wszelkich wcześniejszych wahań co do prawdziwości swojego Zmartwychwstania; a Tomasz z „niewierzącego” stał się od razu wierzący. Nie przypuszczałem, że jeszcze przed nadejściem wieczoru, ten sam tekst dzięki pewnemu wydarzeniu otworzy się przede mną na nowo i przemówi do mnie zupełnie inaczej i głębiej — a nawet ukaże mi w nowym świetle tajemnicę wiary chrześcijańskiej, zmartwychwstanie Jezusa i Jego bóstwo. A w dodatku: to nowe spojrzenie zaprowadziło mnie stopniowo na drogę duchowości, o której dotychczas nic nie wiedziałem, ukazało mi „bramę dla niewierzącego Tomasza” — bramę zranionych.

Wiara chrześcijańska jest nieustannym przenikaniem się Ewangelii i naszego życia, odwagą „wchodzenia w wydarzenie”; coraz to nowym i głębszym odkrywaniem sensu opowieści biblijnych poprzez nasze doświadczenia życiowe, ale także naszej zgody na to, by mocne obrazy Ewangelii stopniowo oświetlały, wyjaśniały i przetwarzały bieg naszego własnego życia.

Wiele wydarzeń, przeżyć, pomysłów i nagłych olśnień wymaga czasu, aby dojrzeć w nas i wydać owoce. Od mojej podróży do Indii minęło dwanaście lat. Siedzę teraz znowu w ciszy i samotności nadreńskiej pustelni; po nocnej burzy cały szczyt góry zasłonięty jest welonem mgły, przez który powoli i z trudem przedzierają się pierwsze promienie poranka; dolinę pokryły dokoła nisko leżące chmury. Tak oto wśród obłoków zaczynam pisać tę książkę, kolejną próbę „rozliczenia się ze swojej nadziei”.

* * *

„Bóg umarł — myśmy Go zabili, wy i ja!” Ileż razy cytowałem już ten fatalny werdykt Nietzschego z książki Wiedza radosna, w której „błazen” (ten, który jako jedyny ma prawo bezkarnie wygłaszać nieprzyjemne prawdy) przekazuje tym, którzy w Boga nie wierzyli, diagnozę świata; oznajmia światu, że utracił samą podstawę swoich dotychczasowych pewników metafizycznych i moralnych. Jednak w innej książce Nietzschego można znaleźć o wiele mniej znany i rzadziej cytowany fragment, opis śmierci starych bogów: Kiedy Bóg Izraela ogłosił się jedynym Bogiem, pozostali bogowie uznając to za okropną niedorzeczność, wybuchnęli podobno tak skrzekliwym i szyderczym śmiechem, że zarechotali się na śmierć.

„Religia powraca” — słyszymy dziś zgodnie z różnych zakątków naszego świata. Problem jedynie w tym, czy to dobrze, czy źle — a także, skąd i kto lub co właściwie powraca. Czy powraca jedyny Bóg, „Bóg Abrahama, Izaaka, Jakuba, Jezusa”, w którego wierzą Żydzi, chrześcijanie i muzułmanie, czy raczej „bóg filozofów”, Najwyższy Byt — wynalazek ludzi oświecenia, ozdoba politycznych proklamacji i preambuł do konstytucji? Czy powraca Bóg, w ciszy odpowiadający na pragnienie wyschniętych ludzkich serc i leczący ich rany, czy też przeciwnie, Bóg szafujący wojnami i zemstą? A może mamy się cieszyć z powrotu starych, rozchichotanych, sarkastycznych bożków?

O św. Marcinie mówiono, że kiedyś objawił mu się sam Szatan pod postacią Chrystusa. Święty nie dał się jednak zwieść. „Gdzie masz swoje rany?” — zapytał.

Przy całej swojej religijnej otwartości nie jestem wyznawcą tak lubianej dziś „bezgranicznej tolerancji”, która, jeśli rezygnuje z wysiłku starannego „rozróżniania duchów”, stanowi raczej przejaw obojętności i duchowego lenistwa. Jest przecież czymś naiwnym i niebezpiecznym niedostrzeganie faktu, że naprawdę istnieją również destruktywne „obrazy Boga” i że w najbardziej nawet szacownych tradycjach drzemią symbole, sentencje i opowieści, które mogą zostać łatwo przekute w zbroję zamiast w lemiesze. Religie, tak jak wszystko co w życiu wielkie i istotne, mają swoje rafy i niebezpieczeństwa. Dlatego z Apostołem Tomaszem i ze św. Marcinem proszę wszystkich, którzy po „śmierci Boga” czy po upadku ironicznych bożków ubiegają się o pusty tron: „Pokażcie mi najpierw swoje rany!”. Nie wierzę już bowiem „niezranionym wiarom”.

* * *

Od lat staram się z szacunkiem i otwartością studiować wiele religijnych dróg. Zjeździłem już kawał świata, i to, co mogłem zobaczyć i poznać, nie pozwala mi upierać się przy prostej logice „albo — albo” (jeśli dwaj mówią co innego, to co najmniej jeden musi się mylić). Wiem, że jeśli ktoś myśli i mówi co innego niż ja, może to wynikać jedynie z faktu, że patrzy z innego miejsca, z innej perspektywy, wedle innej tradycji, innego doświadczenia, że wyraża to w innym „języku” — że zatem odmienność naszych poglądów i wypowiedzi wcale nie musi dyskwalifikować ani mojego, ani jego prawa do prawdy albo kwestionować jego czy mojej uczciwości i szczerości. Wiem również, że tego rodzaju świadomość nie musi prowadzić do wygodnego kapitulanckiego relatywizmu („każdy ma swoją prawdę”), lecz powinna raczej, przez wzajemną rozmowę i wymianę doświadczeń, zachęcić do poszerzenia naszych własnych, z natury rzeczy ograniczonych horyzontów, a w dialogu z drugim umożliwić także lepsze poznanie samego siebie.

Nauczyłem się szacunku dla wielości i różnorodności ścieżek, którymi ludzie zmierzają do ostatecznej tajemnicy życia. Wierzę, że owa „najgłębsza tajemnica” nieskończenie przerasta wszelkie wyobrażenia i nazwy, które my ludzie z nią łączymy. Tak, wierzę w jednego Boga, Ojca wszystkich ludzi, na którego żaden człowiek, żadna „instytucja religijna”, ani żaden z jej profesjonalistów nie ma „monopolu”; ufam, że to On jest ostatecznym ujściem najbardziej nawet krętych rzek, że do Niego wreszcie zmierzają (niezależnie od istniejących granic różnych systemów religijnych i kultur) drogi tych wszystkich, którzy szczerze szukają i szanują ostateczną tajemnicę życia, wiedzieni światłem swoich tradycji, swej tęsknoty za prawdą, swego sumienia i swego rozpoznania.

Nie jestem ani Wszechwiedzący, ani Wszechwidzący — dlatego nie mogę wygłaszać ostatecznych i nieomylnych sądów o innych i ich osobistej wierze, ponieważ nie mam wglądu w ich serca, nie sięgam wzrokiem ostatecznego końca i celu ich wędrówek. Nikt nie może mnie pozbawić nadziei, że „Bóg tych innych” jest w gruncie rzeczy „moim Bogiem”, ponieważ Bóg, w którego wierzę, jest Bogiem także tych, którzy nie znają imienia, jakim Go wzywam.

Równocześnie jednak jednym tchem dopowiadam i wyznaję: Dla mnie nie ma innej drogi, innej bramy do Niego, niż ta, którą otwiera zraniona ręka i przebite serce. Nie potrafię zawołać „Pan mój i Bóg mój!”, dopóki nie ujrzę rany zadanej sercu. Jeśli słowo „credere” (wierzyć) wywodzi się od „cor dare” (dać serce), to muszę wyznać, że moje serce i moja wiara należą wyłącznie do tego Boga, który może ukazać swoje rany.

Moja wiara stanowi jedno z moją miłością i nikt nie może mnie pozbawić miłości do Ukrzyżowanego, będącej odpowiedzią na Jego miłość do mnie: Któż mógłby mnie odłączyć od miłości Chrystusowej? Od tej miłości, która legitymuje się swoimi ranami. Nie potrafię wypowiedzieć słów „Bóg mój”, jeśli nie zobaczę Jego ran! Także w obliczu najbardziej promiennej wizji religijnej — jeśli byłaby pozbawiona „blizn po gwoździach” — przy całej swojej otwartości byłbym pełen wahania, czy aby nie chodzi tu o złudzenie, projekcję moich pragnień, albo nawet o samego Antychrysta. Mój Bóg jest Bogiem zranionym.

Jeśli w tym, co teraz wyznałem, ktoś wyczuwa jakieś sprzeczności, dodam, że ja też je dostrzegam: jest to prawdziwe napięcie mojej wiary. Z nadzieją i ufnością odnoszę się do Boga, który wielkodusznie przyjmuje różnorodność swoich dzieci i którego ramiona są dla nas nieprawdopodobnie szeroko otwarte. Znaczy to jednak zarazem, że również ja nie mogę być „pewny”, dokąd sięgają jej granice, i nie mogę naiwnie zakładać, że obejmuje po prostu „wszystko”. Muszę zachować szacunek dla drugiego, a przynajmniej dla uczciwości i szczerości jego aktu wiary; jeśli jednak mam do czegoś „przyłożyć serce”, muszę pytać o owoce. W religii, podobnie jak we wszystkich innych ważnych dziedzinach życia, istnieją zarówno wartości podstawowe, niezastąpione, jak i ich imitacje — są więc także plewy i rośliny trujące. I nie jest tak, jak się wielu ludziom wydawało, a może i wciąż się wydaje, że istnieją poletka (nasze), które dają wyłącznie dobre plony, i inne, o których z góry możemy powiedzieć, że nic dobrego na nich nie rośnie. W Biblii znajdziemy zarówno wezwania, byśmy dokładnie badali „jakiego ducha” jest to, co zostało nam zaoferowane, jak i przestrogi, że rozróżnienie między „kąkolem a pszenicą” jest niezmiernie trudne i że w efekcie jest to zadanie dla nas na tym świecie do końca niewykonalne i nie my o tym będziemy rozstrzygać.

Co zatem mogę robić? Poddawać swoją wiarę i to, co mi się do wierzenia przedkłada, „testowi św. Marcina”. Nie wierzę bogom i nie wierzę wiarom, które potrafią przetańczyć świat nie zaznawszy jego bólów — bez szram, bez blizn, bez oparzeń — oferując natrętnie na współczesnym rynku religijnym jedynie swoje lśniące powaby.

Moja wiara bowiem potrafi odrzucić brzemię wątpliwości oraz doświadczyć wewnętrznej mocy i pokoju jedynie wtedy, gdy kroczy stromą „drogą krzyża”, gdy zmierza ku Bogu przez wąską bramę Chrystusowych ran. Bramę ubogich, bramę zranionych, przez którą bogaci, syci i zadufani, wiedzący i „widzący”, „zdrowi”, „sprawiedliwi”, „mądrzy i ostrożni” nie wejdą, tak jak nie wejdzie wielbłąd przez ucho igielne.

* * *

Czy Apostoł Tomasz patrząc na Zmartwychwstałego rzeczywiście wyzbył się raz na zawsze wszystkich swoich wątpliwości — czy też Jezus poprzez swoje rany wskazał mu owo jedyne miejsce, gdzie poszukujący i wątpiący mogą naprawdę dotknąć Boga? To była główna myśl, jaką przyniósł mi tamten dzień w Madrasie.

Gorącym popołudniem tego samego dnia mój hinduski kolega, kapłan katolicki i profesor religioznawstwa na uniwersytecie w Madrasie, zaprowadził mnie na miejsce, gdzie wedle tradycji Apostoł Tomasz poniósł śmierć męczeńską, a następnie udaliśmy się do katolickiego sierocińca, który stoi opodal.

Zarówno przedtem, jak i potem, w czasie podróży po Azji, Afryce i Ameryce Południowej spoglądałem z bardzo bliska w twarze biedy, ze swojej praktyki psychoterapeuty i spowiednika znam nędzę moralną, ukryte cierpienia serc i ciemne zakamarki ludzkich losów, odwiedziłem „Golgoty naszych czasów”, tereny dawnych obozów koncentracyjnych nazizmu i komunizmu, Hiroszimę i Ground Zero na Manhattanie, miejsca do tej pory sugestywnie przywołujące żywe wspomnienia dokonanych tam zbrodni — jednak o sierocińcu w Madrasie nie zapomnę nigdy.

W łóżeczkach, przypominających raczej klatki dla drobiu, leżały małe opuszczone dzieci z brzuszkami wzdętymi od głodu, szkieleciki obciągnięte czarną, często zaognioną skórą; na korytarzach, które zdawały się nie mieć końca, zewsząd spoglądały na mnie ich rozpalone oczy i wyciągały się ku mnie ich różowe dłonie. Na skutek zaduchu, smrodu i płaczu zrobiło mi się niedobrze pod względem psychicznym, fizycznym i moralnym, dusiło mnie poczucie bezsilności i palący wstyd, który ogarnia niekiedy człowieka wobec ubogich tylko dlatego, że sam ma zdrową skórę, pełny brzuch, czyste łóżko i dach nad głową. Miałem ochotę stamtąd (i nie tylko stamtąd) natychmiast uciec jak tchórz, zamknąć oczy i serce, i zapomnieć; przypomniały mi się słowa Iwana Karamazowa, który chciał Bogu „zwrócić bilet wstępu” do świata, w którym cierpią dzieci.

Ale właśnie w tym samym momencie gdzieś w głębi duszy usłyszałem zdanie: „Dotknij ran!” I znowu: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż [ją] do mego boku.”

 

 Nagle ukazała się przede mną w nowym świetle scena z Apostołem Tomaszem z Ewangelii św. Jana, którą czytałem podczas Mszy porannej przy grobie „patrona wątpiących”. Jezus utożsamiał się ze wszystkimi małymi i cierpiącymi — a zatem wszystkie bolesne rany, wszystkie nędze tego świata i ludzkości są „ranami Chrystusa”. Wierzyć w Chrystusa, móc zawołać „Pan mój i Bóg mój!” — mogę jedynie wtedy, gdy będę dotykać tych Jego ran, których także dzisiaj nasz świat jest pełny. W przeciwnym razie moje mówienie „Panie, Panie!” będzie daremne i bezskuteczne. 11

 

Oczywiście, nikt z nas nie może uważać się za mesjasza, który zdołałby uzdrowić wszystkie rany świata, tego w końcu nie dokonał (i nie miał wcale takiego zamiaru) w czasie swojej ziemskiej działalności nawet On sam. Musimy wręcz wystrzegać się pokusy (która często popycha do magii rewolucyjnych dążeń) „czynienia chleba z kamieni”. Nawet jeśli uczciwie staramy się wykonać wszystko, co leży w naszych siłach i możliwościach, to i tak przeciwko spiętrzonym falom oceanu biedy, zagarniającego stopniowo coraz większą część naszego lądu, niewiele potrafimy zdziałać. Mimo to przed ranami świata nie wolno nam uciekać i odwracać się do nich plecami, musimy je przynajmniej widzieć, dotykać ich, pozwolić, by nas dosięgły. Jeśli pozostaję wobec nich obojętny, niedosiężny, niezraniony — to jak mogę wyznawać wiarę i miłość do Boga, którego nie widzę? Ponieważ wtedy naprawdę Go nie widzę!

Tak, tam w Madrasie stało się dla mnie nagle oczywiste: Nie mam prawa wyznawać Boga, jeśli nie potraktuję poważnie bólu swoich bliźnich. Wiara, która chciałaby zamykać oczy na cierpienie ludzi, jest jedynie iluzją lub opium; Freud i Marks mieliby rację krytykując taki rodzaj wiary!

Ale jest jeszcze jedna bardzo ważna sprawa: Dostrzegając cierpienia świata nie możemy ograniczać się tylko do „problemów społecznych”, aczkolwiek ten rodzaj cierpienia krzyczy wręcz do sumienia świata i do każdego z nas, i tego głosu nie można lekceważyć. Nie wolno nam nawet przez chwilę pomyśleć, że „załatwiliśmy” ten życiowy problem, posyłając datek na akcje charytatywne w Afryce, udzielając jałmużny żebrakowi, czy oddając swój głos w wyborach na polityczne programy o akcentach społecznych, chociaż to także jest ważne. Ale i to nie wystarczy: Jest jeszcze wiele innych cierpień w duszach ludzi wokół nas. Nie przeoczmy również niezagojonych ran w nas samych — przyznając się do nich i lecząc je, przyczyniamy się do „uzdrowienia świata”; często jest to nieodzowny warunek tego, byśmy uwrażliwili się na cierpienia innych i mogli im pomagać.

* * *

Coś jeszcze przyszło mi na myśl tamtego popołudnia w Madrasie: Być może wątpliwości Apostoła Tomasza były całkiem innego rodzaju, niż te, które od czasu do czasu trapią nas, wnuków scjentystycznej i pozytywistycznej epoki, a które pochopnie przenosimy na to wydarzenie; być może Apostoł wcale nie był takim zakutym „materialistą”, niezdolnym do otwarcia się na tajemnicę, której nie może „dosięgnąć”.

Tomasz był gotów naśladować swego Mistrza aż po gorzką śmierć; przypomnijmy sobie, jak reaguje na słowa Jezusa, że trzeba iść do Łazarza: „Chodźmy także i my, aby razem z Nim umrzeć!” Potraktował poważnie krzyż — a wieść o Zmartwychwstaniu mogła mu się jawić jako zbyt łatwy happy end wydarzenia paschalnego. Być może czuł w sobie opór przed przyłączaniem się do radości pozostałych Apostołów i chciał zobaczyć rany Jezusa. Chciał zobaczyć, czy „Zmartwychwstanie” nie ogołaca krzyża — dopiero potem mógł wypowiedzieć swoje „wierzę”. Czy „niewierzący Tomasz” nie pojął w końcu sensu Wielkiej Nocy głębiej niż inni?

„Niewiara Tomasza pomogła nam bardziej uwierzyć niż wiara pozostałych uczniów” — napisał święty papież Grzegorz Wielki w homilii dotyczącej tego właśnie fragmentu Ewangelii.

(...)

 
 

ARCANUM CORDIS

 

„Rana w ciele otwiera tajemnice serca — patet arcanum cordis per foramina corporis” — napisał święty mistyk Bernard z Clairvaux. Przyznaję, że z wielu powodów długo zbierałem w sobie odwagę, zanim zdecydowałem się pisać o tymże arcanum— jest to „tajemnica zbyt wielka”, jest to rzeczywiście mysterium tremendum et fascinans, tajemnica fascynująco atrakcyjna, ale równocześnie wstrząsająca, budząca grozę i lęk.

 

Prowadzą do niej dwie drogi — szeroka droga kilku starych ludowych form wielkanocnej religijności oraz stroma ścieżka teologów, filozofów i mistyków (lub raczej teologów, którzy byli jednocześnie filozofami i mistykami). Obie drogi mają swoje rafy.

Ludowy kult pięciu ran Chrystusa, Najświętszego Serca Jezusowego, Matki Bożej Bolesnej, siedmiu słów Chrystusa na Krzyżu, chusty Weroniki, Całunu Turyńskiego, Drogi Krzyżowej, bolesnych tajemnic Różańca — to wszystko może zarówno wprowadzać w głębię wydarzenia paschalnego, jak i pozostawać na jego powierzchni, osiąść na mieliźnie sentymentalnych płaczek, które Jezus upominał w czasie swej drogi krzyżowej („Córki jerozolimskie, nie płaczcie nade Mną; płaczcie raczej nad sobą i nad waszymi dziećmi!”, nie mówiąc o możliwości wpadnięcia w bagno masochistyczno-sadystycznych fantazji. (Czy wszystkie te pobożne ćwiczenia zdołały wzmocnić w świecie chrześcijańskim sprzeciw wobec przemocy i solidarność z jej ofiarami? Czy nie zdarzało się wielokrotnie, że tłumy chrześcijan tuż po wysłuchaniu Pasji, zamiast bić się ze skruchą w piersi, biegły plądrować żydowskie getta? Czy po stuleciach regularnego świętowania Wielkanocy wielu chrześcijan nie pozostało biernymi, obojętnymi podczas największego żydowskiego pogromu w historii ludzkości, owej — mówiąc słowami Jana Pawła II w Oświęcimiu — „Golgoty naszych czasów”?

A którędy wiedzie droga filozofów i teologów? Nie, nie jestem przesądny, ale mimo to przenika mnie dreszcz, gdy myślę o przedziwnej koincydencji wybranego tematu z życiowymi losami tych, którzy być może najgłębiej zanurzyli się w tajemnicę krzyża i śmierci Boga-Człowieka. Nietzschego, który jak ćma krążył wokół przepastnej tajemnicy „śmierci Boga”, ogarnął w końcu płomień obłędu. Ewangelik Dietrich Bonhoeffer i jezuita Alfred Delp, którzy patrząc na krzyż Chrystusa zajmowali się problemem tragizmu z punktu widzenia wiary oraz wiarą, która nie posiłkuje się obrazem metafizycznego Boga, jeszcze przed ukończeniem swoich koncepcji zostali straceni. Filozofka i karmelitanka żydowskiego pochodzenia Edyta Stein (św. Teresa Benedykta od Krzyża) nie dokończyła swojej Wiedzy krzyża, ponieważ zamordowana została na „Kalwarii naszych czasów”, w komorze gazowej w Auschwitz. Czeski filozof Jan Patočka, który był przekonany, że „chrześcijaństwo jest niedokończonym projektem”, i tylko zdawkowo w trakcie podziemnych seminariów odpowiadał nam na nasze natarczywe pytania, że w jego mniemaniu teologowie nie przemyśleli jeszcze dostatecznie zdania „Boże mój, czemuś Mnie opuścił”, myśli tych już nie napisał i nie dopowiedział — w wieku sokratejskim przeszedł z akademickiego zacisza na moralno- -polityczną arenę i zmarł w wyniku powtarzających się przesłuchań tajnej policji; jak Sokrates stał się ofiarą gniewu tych, którzy zarzucali mu, że „nie wierzy w bogów, w których wierzy państwo, i deprawuje młodzież”. Moglibyśmy z pewnością kontynuować tę listę.

To tak, jakby wspomniane dociekania były strzeżone przed pełnym ich wyartykułowaniem, jakby musiały pozostać jedynie napomknięte — i dopowiedziane już nie na papierze i w auli uniwersyteckiej, ale tam, gdzie na ludzkie losy pada cień krzyża; jak gdyby ci myśliciele w pewnym momencie sami — mówiąc słowami Apostoła — musieli swoim cierpieniem dopełnić braki udręk Chrystusa, o których ciemnym dniu rozmyślali. A może niektórym z nich medytacje te dały właśnie bodziec i siłę do nawrócenia, do „nieobojętności” (która jest także jednym z imion wiary), odwagę do poświęcenia, do rzeczywistego „dźwigania krzyża”?

Wróćmy jednak raczej do ludowych form pobożności i zacznijmy najpierw od nich!

* * *

W Wielką Sobotę, na zakończenie Wielkiego Tygodnia, przez stulecia tłumy wiernych (którzy nigdy nie czytali rozważań Nietzschego o „śmierci Boga”) bez wahania udawały się do „Bożego Grobu” (i udają się tam także dzisiaj, pod warunkiem, że nieco lękliwy puryzm posoborowej reformy liturgicznej nie usunął „Bożego Grobu”), aby w ciszy składać hołd „świętym ranom”.

W tym miejscu muszę poczynić drugą dygresję na temat dziejów teologii i myśli teologicznej. W pełni ortodoksyjne użycie zwrotu „Boży Grób” (a więc także „śmierć Boga”) umożliwia chrześcijanom pewien niezwykły pierwiastek w skarbcu tradycji teologicznej, nauka o „communicatio idiomatum” (wymianie przydawek): dla zaakcentowania jedności bóstwa i człowieczeństwa w Chrystusie i wzajemnej więzi Osób Trójcy Świętej (perichoresis) — wolno nam — w dokładnie zdefiniowanym sensie — posługiwać się cechami, przynależnymi Bogu Ojcu, także w odniesieniu do Syna i na odwrót. Możemy więc powiedzieć, że „Bóg umarł”, jeśli chcemy wyrazić fakt, że Ten, który umarł, był „jednocześnie” Bogiem i człowiekiem, chociaż — o czym również musimy pamiętać — umarł „w swojej ludzkiej, a nie boskiej naturze”.

Powyższe rozważania mogą wydawać się chropawe, ale zasada „communicatio idiomatum” stanowi naprawdę znakomity klucz hermeneutyczny dla wyjaśnienia wielkich paradoksów wiary chrześcijańskiej, a przede wszystkim pozwala na używanie cudownie poetyckiego języka w — w teologii, liturgii, w kazaniach i sztuce chrześcijańskiej. Bez niej nie powstałby gęsty język niemieckich mistyków, zwłaszcza mistrza Eckharta, i ich spadkobiercy, radykalnego kontynuatora, Marcina Lutra z jego teologią krzyża, opartą na idei, że ukryty Bóg objawia się jedynie sub contrario, przez swoje przeciwieństwo. A co pozostałoby na przykład z fascynującej dynamiki sztuki barokowej, gdyby nie było owej gry światła i cieni, nieustannego przenikania się kolorowej zmysłowości z duchową ekstazą, błękitu nieba ze szkarłatnymi płomieniami piekielnych gardzieli! Jakim językiem mówiliby wielcy myśliciele chrześcijaństwa, religii paradoksu, jak choćby Pascal czy Kierkegaard? Co pozostałoby z paradoksów grzechu i łaski w powieściach Grahama Greena! Z „teologii śmierci Boga”, tej współczesnej dziedziczki teologii krzyża Pawła i Lutra, zostałaby jedynie mieszanka absurdów i bluźnierstw — jak, nawiasem mówiąc, postrzegają tę szkołę ci, którzy pragnęliby z teologii uczynić raczej pedantyczną „naukę”, bo nigdy nie zostali wtajemniczeni w sztukę teologicznego myślenia!

 

 

ks. Tomas Halik - Dotknij ran (17zł taniej) - zdjęcie 1 aukcji

Wybrane aukcje sprzedającego

Zobacz aukcję Moja Ziemia Święta - J. KretMoja Ziemia Święta - J. Kret18,00 zł (dostawa 7.50 zł) Kategoria: Katolicyzm
Zobacz aukcję Antropologia teologiczna / filozoficznaAntropologia teologiczna / filozoficzna24,99 zł (dostawa 7.00 zł) Kategoria: Katolicyzm
Zobacz aukcję Zapomniani Bracia, Chrześcijanie Bliskiego WschoduZapomniani Bracia, Chrześcijanie Bliskiego Wschodu55,00 zł (dostawa 10.00 zł) Kategoria: Katolicyzm
Zobacz aukcję Romano Guardini - 3 prace, 450 str.Romano Guardini - 3 prace, 450 str.9,00 zł (dostawa 8.00 zł) Kategoria: Katolicyzm

Nabywcy

Komentarze

ks. Tomas Halik - Dotknij ran (17zł taniej)

Masz pytanie dotyczące oferty? Zadaj je sprzedającemu.

Polecane inne kategorie

Wątki na forum z działu Książki i podręczniki



Strona wygenerowana 2012-05-29 03:46:02, 189