FRAGMENT TEKSTU - z rozdziału "Pieszo przez Pamapasy"
— Słuchaj, złotko — przerwał mi Myszkowski —
ta twoja prowizoryczna (portugalszczyzna nie bardzo
trafia do przekonania Urugwajczykom. Może bym ja
u tego seniora Ventury popróbował swojej francuszczyzny? To
musi być wykształcony obszarnik, Skoro przyjaźni się z konsulem!
Zostawiłem lekkomyślnie tym razem inicjatywę
w rękach Litwina i skutek był taki, że pan Ventura
nie dogadał się z nim wcale i nie zaprosił nas na nocleg.
Czekałem na drodze i widziałem, jak wracał zniechęcony.
— Niech go cholera ściśnie, nie będziemy się na
grandę wpraszali, pójdziemy w kierunku fortecy Św.
Teresy — wyjaśnił mi skonsternowany.
— Ale do fortecy mamy czterdzieści kilometrów!
— To nic, pójdziemy nocą, będzie chłodniej...
Łatwiej to było powiedzieć niż wykonać. Droga
przez prerie wiodła między dwoma płotami z drutu
kolczastego. Noce południowe zapadają szybko po zachodzie
słońca. Po godzinie marszu z powodu ciasnych
butów i wysokich obcasów, byliśmy tak znużeni, że
trzeba było usiąść i coś oszczędnie przekąsić na wzmocnienie.
Gryźliśmy więc twarde jak kość mamuta galletas
i okraszali je kiełbasą. Ciężki, przytłaczający
mrok i przeraźliwą samotność stepową urozmaicały
odgłosy ryku bydlęcego i skowyt wilków stepowych —
kujotów.
— Szkoda, złotko, że nie mamy bananów... — zauważył
melancholijnie Myszkowski.
— Cóż chcesz, toć oddalamy się ciągle od strefy
bananowej, a za to zbliżamy do mocnej waluty.
— Ha, może i źleśmy zrobili wyjeżdżając z Parany.
Zawszeć to między swoimi raźniej, nawet zagadać jest
do kogo po ludzku!
— Jędruś, może się okazać, żeśmy głupstwo zrobili
wyjeżdżając w ogóle z Polski. Czy nie uważasz, że
my każdym krokiem w kierunku południowym oddalamy
się od ojczyzny? Że może już nigdy nie ujrzymy
swoich najbliższych?
— To cię ta noc tak smutno nastraja — bronił się
Myszkowski przed rozczuleniem. — Ciekawym jednak,
gdzie podział się nasz Kurier?...
— Mniejsza o niego. Założę się, że na którymś zakręcie
tej piekielnej drogi natkniemy się na Kuriera!
— Czekajno, cicho... to nie kujoty szczekają, to psy...
Tu gdzieś blisko musi być druga „estancja". Chodźmy,
złotko, do ludzi...
— Tak po nocy? Zwariowałeś! Toć nie umiemy mówić
ich językiem. Zanim się wytłumaczymy, cośmy za
jedni, taki cowboy wygarnie do ciebie z rewolweru
i koniec epopei!
— Chodźmy, wszystko jedno — nalegał Myszkowski.
Jakże okrutnie bolały nogi pod kolanami, kiedy
przyszło się podnieść i ruszać dalej. W odległości kilometra
istotnie zamajaczyły w mroku zabudowania
i gdyśmy się do nich zbliżyli, obskoczyły nas zajadłe
brytany.
— Zostaw psy dla mnie — rzekł Litwin. — Ja
umiem się z nimi obchodzić. Ty gadaj z ludźmi!
I rzeczywiście umiał. Po kilku słowach i tajemniczych
gestach psy łasiły się do niego potulnie. Ba, toć
on je czarował tym ostatnim, nie dojedzonym kawałkiem
kiełbasy... Ze słabo oświetlonej szopy wyszło
z latarnią dwóch uzbrojonych ludzi i zapytali, cośmy za jedni...
|