Jesteś tutaj  ›  Książki i podręczniki ›  Książki ›  Książki tematyczne ›  Podróżnicze ›  Po obydwu stronach równika, Wład. Wójcik, Brazylia

Po obydwu stronach równika, Wład. Wójcik, Brazylia (nr aukcji: 12326113)

Po obydwu stronach równika, Wład. Wójcik, Brazylia Wyświetleń: 234 razy Informacje podstawowe

  • Towar:Używany

  • Ilość sztuk:1 z 1

  • Lokalizacja:LUBLIN, Lubelskie
Opłata z góry

  • List ekonomiczny3,75 zł

  • List priorytetowy5,10 zł

  • List polecony ekonomiczny7,50 zł

  • List polecony priorytetowy8,30 zł

  • Odbiór osobisty0,00 zł




Cena:  2,99 zł
AUKCJA ZAKOŃCZONA( 2016-06-22 19:05:00)
Zamówienie z obowiązkiem zapłaty



Sprzedający





Parametry przedmiotu

  • Okładka: Twarda okładka
  • Rok wydania: 1966

Opis do aukcji

Tytuł Po obydwu stronach równika
Autor Władysław Wójcik
Wydawca LSW
Wydanie Wydanie I, Warszawa 1966
Wymiary 19,7 x 12,2 cm
Stron 221 s.
Opis Książka podróżnika, przedwojennego obieżyświata, tym razem w Ameryce Południowej, w Brazylii. Fotografie czar.-białe.
Stan Stan bardzo dobry-, zakurzona od góry. Okładka twarda, skóropodobna, zielona.
Waga 0,276 kg
( PORÓWNAJ CENY TEJ KSIĄŻKI )

SPIS TREŚCI
W drodze do Brazylii 5
Pierwsze kroki na nowym lądzie 24
Wśród swoich w Paranie 29
Pieszo przez pampasy 53
W Montevideo 69
Po raz drugi w Montevideo 92
W Kurytybie 111
Nad brzegiem Ivai i w Ponta Grossie 123
Z Gór Nadziei do Bieszczad 155
Ostatni raz w cieniu piniorów 172
Powrót do Kraju 187
FRAGMENT TEKSTU - z rozdziału "Pieszo przez Pamapasy"

— Słuchaj, złotko — przerwał mi Myszkowski —
ta twoja prowizoryczna (portugalszczyzna nie bardzo
trafia do przekonania Urugwajczykom. Może bym ja
u tego seniora Ventury popróbował swojej francuszczyzny? To
musi być wykształcony obszarnik, Skoro przyjaźni się z konsulem!

        Zostawiłem lekkomyślnie tym razem inicjatywę
w rękach Litwina i skutek był taki, że pan Ventura
nie dogadał się z nim wcale i nie zaprosił nas na nocleg.
Czekałem na drodze i widziałem, jak wracał zniechęcony.

— Niech go cholera ściśnie, nie będziemy się na
grandę wpraszali, pójdziemy w kierunku fortecy Św.
Teresy — wyjaśnił mi skonsternowany.
— Ale do fortecy mamy czterdzieści kilometrów!
— To nic, pójdziemy nocą, będzie chłodniej...

        Łatwiej to było powiedzieć niż wykonać. Droga
przez prerie wiodła między dwoma płotami z drutu
kolczastego. Noce południowe zapadają szybko po zachodzie
słońca. Po godzinie marszu z powodu ciasnych
butów i wysokich obcasów, byliśmy tak znużeni, że
trzeba było usiąść i coś oszczędnie przekąsić na wzmocnienie.
Gryźliśmy więc twarde jak kość mamuta galletas
i okraszali je kiełbasą. Ciężki, przytłaczający
mrok i przeraźliwą samotność stepową urozmaicały
odgłosy ryku bydlęcego i skowyt wilków stepowych —
kujotów.
— Szkoda, złotko, że nie mamy bananów... — zauważył
melancholijnie Myszkowski.
— Cóż chcesz, toć oddalamy się ciągle od strefy
bananowej, a za to zbliżamy do mocnej waluty.
— Ha, może i źleśmy zrobili wyjeżdżając z Parany.
Zawszeć to między swoimi raźniej, nawet zagadać jest
do kogo po ludzku!
— Jędruś, może się okazać, żeśmy głupstwo zrobili
wyjeżdżając w ogóle z Polski. Czy nie uważasz, że
my każdym krokiem w kierunku południowym oddalamy
się od ojczyzny? Że może już nigdy nie ujrzymy
swoich najbliższych?
— To cię ta noc tak smutno nastraja — bronił się
Myszkowski przed rozczuleniem. — Ciekawym jednak,
gdzie podział się nasz Kurier?...
— Mniejsza o niego. Założę się, że na którymś zakręcie
tej piekielnej drogi natkniemy się na Kuriera!
— Czekajno, cicho... to nie kujoty szczekają, to psy...
Tu gdzieś blisko musi być druga „estancja". Chodźmy,
złotko, do ludzi...
— Tak po nocy? Zwariowałeś! Toć nie umiemy mówić
ich językiem. Zanim się wytłumaczymy, cośmy za
jedni, taki cowboy wygarnie do ciebie z rewolweru
i koniec epopei!
— Chodźmy, wszystko jedno — nalegał Myszkowski.

        Jakże okrutnie bolały nogi pod kolanami, kiedy
przyszło się podnieść i ruszać dalej. W odległości kilometra
istotnie zamajaczyły w mroku zabudowania
i gdyśmy się do nich zbliżyli, obskoczyły nas zajadłe
brytany.
— Zostaw psy dla mnie — rzekł Litwin. — Ja
umiem się z nimi obchodzić. Ty gadaj z ludźmi!
I rzeczywiście umiał. Po kilku słowach i tajemniczych
gestach psy łasiły się do niego potulnie. Ba, toć
on je czarował tym ostatnim, nie dojedzonym kawałkiem
kiełbasy... Ze słabo oświetlonej szopy wyszło
z latarnią dwóch uzbrojonych ludzi i zapytali, cośmy za jedni...

Komentarze

Po obydwu stronach równika, Wład. Wójcik, Brazylia

Masz pytanie dotyczące oferty? Zadaj je sprzedającemu.

Polecane inne kategorie

Wątki na forum z działu Książki i podręczniki



Strona wygenerowana 2026-06-13 11:31:36, 120